| Boliwijskie pole walki |
|
|
|
| Napisał(a): Joanna Antoniak i Agata Rozenberg | |
| 29.12.2007. | |
|
Klasy posiadające w Ameryce Łacińskiej dalej nie mogą spać spokojnie. Sporym wysiłkiem propagandowo – dezinformacyjnym udało się wprawdzie odwrócić wynik referendum konstytucyjnego w Wenezueli, jednak fala rewolucyjna zdążyła już objąć inne kraje i zadać tam istotne ciosy światowemu neoliberalizmowi. W żadnym państwie jednak sukcesy ruchu pracowniczego nie zostały jeszcze w pełni zabezpieczone i utrwalone. Walka trwa. Jedną z jej aren jest Boliwia.
Klasy posiadające w Ameryce Łacińskiej dalej nie mogą spać spokojnie. Sporym wysiłkiem propagandowo – dezinformacyjnym udało się wprawdzie odwrócić wynik referendum konstytucyjnego w Wenezueli, jednak fala rewolucyjna zdążyła już objąć inne kraje i zadać tam istotne ciosy światowemu neoliberalizmowi. W żadnym państwie jednak sukcesy ruchu pracowniczego nie zostały jeszcze w pełni zabezpieczone i utrwalone. Walka trwa. Jedną z jej aren jest Boliwia. Trudno o lepszy przykład polaryzacji sceny politycznej niż Boliwia, gdzie od początku XXI w. toczy się walka dwóch wzajemnie się wykluczających wizji społeczeństwa – lewicowej i neoliberalnej. Podział ten jeszcze zaostrzają warunki geograficzne Boliwii, gdzie większość zasobów naturalnych zlokalizowana jest w nizinnych departamentach kraju (Santa Cruz, Tarija). Boliwijski ruch pracowniczy i chłopski niejednokrotnie dał przykłady bojowości i samoorganizacji, organizując Zgromadzenia Ludowe i samorzutnie przejmując kontrolę nad władzą lokalną. Ponadto w 2005 r. lewicowy kandydat Evo Morales zdecydowanie wygrał wybory prezydenckie, pokonując Tuto Quirogę, faworyzowanego przez miejscową klasę posiadającą i Amerykanów (co chyba wystarczy do określenia jego programu politycznego). Dodajmy, że cała rzecz miała miejsce przy rekordowej jak na miejscowe warunki, ponad osiemdziesięcioprocentowej frekwencji wyborczej. W robotniczych departamentach La Paz, Cochabamca, Chuquisaca i Oruro przewaga Moralesa była miażdząca. Symbolem przemian stało się pracownicze miasto El Alto, siedziba jednego z większych Zgromadzeń, gdzie mimo braku zorganizowanej kampanii wyborczej Morales otrzymał ponad 70% głosów. Socjaliści zyskali również przewagę w parlamencie. Pierwszy rewolucyjny wybuch w Boliwii miał miejsce w Cochabambie w 2001 r., kiedy ludzie sami wyszli na ulice, by protestować przeciwko najnowszemu pomysłowi rządzących neoliberałów – prywatyzacji ujęć wody. Zarządzenie to, ogłoszone oficjalnie jako środek walki z niedoborem wody pitnej, byłoby zabójstwem dla ubogiej ludności zamieszkującej andyjskie departamenty kraju. Demonstracje przerodziły się w powstanie zbrojne, które zmusiło rząd do rezygnacji, a ruchowi pracowniczemu dodało entuzjazmu do dalszej walki o sprawiedliwszy ustrój społeczny w Boliwii. Cały okres 2003-2005 upłynął w tym kraju pod znakiem ludowych wystąpień wysuwających coraz bardziej zaawansowane postulaty transformacji społecznej (w tym nacjonalizacji przemysłu pod kontrolą pracowniczą). Wynikiem było usunięcie dwóch kolejnych prawicowych prezydentów... i niestety niewiele więcej, mimo kilkakrotnych szans na przejęcie władzy przez zgromadzenia. Zwłaszcza w październiku 2003, gdy policja przeszła na stronę protestujących, władza dosłownie leżała na ulicy. Po raz kolejny jednak zawiodło kierownictwo. Centrale związków zawodowych, które do tej pory przewodziły ruchem, okazały się zupełnie nieprzygotowane na taki obrót sprawy i swoją biernością pozwoliły klasie posiadającej ponownie przejąć inicjatywę. Ruch masowy został skanalizowany w kierunku tradycyjnych, mieszczących się w ramach demokracji liberalnej rozwiązań. W tych okolicznościach wyborcze zwycięstwo Moralesa jest pewnym osiągnięciem (w świetle dotychczasowej historii Boliwii), ale na pewno nie tym, co mogło zostać uzyskane. Oczekiwania mas boliwijskich wobec prezydenta były i są wysokie. Tradycja ruchu, który nawet jak na Amerykę Łacińską wysuwał bardzo poważne postulaty lewicowe, nakazuje robotnikom oczekiwać od Moralesa tego samego, co niegdyś od kierownictwa związkowego – reformy rolnej, nacjonalizacji przemysłu gazowego, respektowania praw ludności indiańskiej, słowem zerwania z całym dziedzictwem neoliberalnych rządów ostatnich dziesięcioleci. To sprawia, że wydarzenia w Boliwii niepokoiły klasę posiadającą tak samo, jak działalność prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Już od momentu zaprzysiężenia Boliwijczyk otrzymywał od zagranicznych koncernów inwestujących w jego kraju ostrzeżenia i przypomnienia o „konieczności respektowania zasad demokratycznych i wolnorynkowych”... Rządy Moralesa rozpoczęły się jednak od zdecydowanie antykapitalistycznego akcentu, jakim były wizyty w Wenezueli i na Kubie oraz zawarcie z tymi krajami umów ukierunkowanych na rozwój społeczny Boliwii. Evo Morales zdecydował się na zainicjowanie wdrażania wspólnych programów walki z analfabetyzmem i budowy od podstaw systemu opieki medycznej. Skojarzenia z Wenezuelą są tu jak najbardziej na miejscu. Równocześnie prezydent odżegnywał się jednak od pełnej nacjonalizacji przemysłu swojego państwa, zapowiadał jedynie podniesienie podatków na zagraniczne koncerny. Tego rodzaju wahania charakteryzowały całą późniejszą politykę Moralesa. Nigdy nie wycofał on swojego poparcia dla przemian zachodzących w Wenezueli, jednak już opracowane przez niego plany rozwoju społeczeństwa boliwijskiego doczekały się jedynie częściowej realizacji. Polityka wahania jest tymczasem jedną z najgorszych rzeczy dla lewicy, otwiera bowiem pole działania dla sił antysocjalistycznych, a te przy tłumieniu ruchów masowych nader rzadko wahają się lub mają skrupuły. Historia Ameryki Łacińskiej pełna jest przykładów, gdy niekonsekwencja lewego skrzydła prowadziła w rezultacie do klęski ruchu i masakry. Czy jednak od Evo Moralesa można się spodziewać podjęcia konsekwentnej budowy socjalizmu w swoim kraju? Obecny prezydent Boliwii nie uczestniczył w ruchu w ciągu poprzednich lat jego działania, nie był też szerzej znany wśród walczących robotników i chłopów. Ciężko też jednoznacznie ocenić, na ile jego antykapitalistyczne gesty wynikały z autentycznych socjalistycznych poglądów, a na ile były wymuszone postawą zrewoltowanych mas. Nasuwać się może skojarzenie z Aleksandrem Kiereńskim i sytuacją po rewolucji lutowej – Kiereński również określał się jako socjalista, jednak nie było go na ulicach w lutym 1917 r., a jego prosocjalne posunięcia podejmowane były pod naciskiem rad robotniczych i bardziej radykalnych członków rządu. Morales postępuje podobnie. Mimo korzystnej koniunktury nie ma zamiaru zadać ostatecznych ciosów boliwijskiemu kapitalizmowi, wręcz przeciwnie – nawołuje ruch do „spokoju”. „Spokoju”, czyli wycofania się z pola walki. Chyba nie trzeba tłumaczyć, co to dla ruchu oznacza. Koniecznością w obecnej sytuacji Boliwii jest uformowanie się rewolucyjnego kierownictwa, które będzie w stania przeanalizować sytuację, wyciągnąć z niej wnioski i odpowiednio ruch poprowadzić. Nie oznacza to całkowitego zerwania z prezydentem, wobec którego nadal należy wysuwać postulaty i krytycznie poprzeć w razie ostrzejszego ataku ze strony prawicy. Ponownie inspiracją tu może być postępowanie bolszewików w okresie dwuwładzy w Rosji. Chociaż postawa polityczna Kiereńskiego była dla nich jasna, zwolennicy socjalizmu stale wywierali na niego nacisk oddolny i faktycznie uratowali jego rząd, gdy podniosła głowę kontrrewolucja w osobie Korniłowa. Tymczasem kierownictwo takie nadal się w boliwijskim ruchu nie wykształciło. Prowadzi to do sytuacji dość niebezpiecznej. Już lata 2003-2005 wykazały, że mobilizacji społecznej nie da się utrzymywać w nieskończoność, a ruch masowy bez kierownictwa może wprawdzie obalać neoliberalne rządy, ale nie jest w stanie zabezpieczyć realizacji własnych społecznych oczekiwań. Zwłaszcza obecnie widoczne jest, że wahania prezydenta zachęciły klasę posiadającą do podjęcia ofensywy, stosującej stare taktyki, które obserwowaliśmy – szukając najbliżej – nie tak dawno w Wenezueli. Podstawowym zarzutem wysuwanym wobec Evo Moralesa i MAS jest antydemokratyzm, co jest oskarżeniem absurdalnym dla każdego zorientowanego w najnowszej historii ruchu pracowniczego w Boliwii. Zdaniem neoliberałów prezydent, który w przedstawionym przez siebie projekcie konstytucji akcentuje znaczenie mechanizmów demokracji bezpośredniej, jest nowym kandydatem na krwawego dyktatora. Chęć odpowiedzi na to oskarżenie doprowadziła prezydencką partię do poważnych błędów taktycznych, np. ustąpienia w zakresie regulaminu działań Zgromadzenia Konstytucyjnego. MAS zgodził się na to, by każda poważna ustawa głosowana była większością 2/3 głosów, a to oznacza faktyczne związanie sobie rąk. Fatalnym błędem propagandowym była też zgoda na przeniesienie obrad zgromadzenia z dala od El Alto i innych ośrodków ruchu pracowniczego, ponownie w imię „bezstronności” i „zachowania zasad demokracji”. Doprowadziło to do krótkotrwałego rozłamu w Zgromadzeniu, a tego rodzaju incydenty zdecydowanie nie służą sprawie boliwijczyków. Dodajmy, że już teraz dzięki neoliberalizmowi 65% przedstawicieli tego narodu żyje poniżej minimum socjalnego, a całe regiony kraju nie rozwijają się od dziesięcioleci. Nie przeszkadza to posiadaczom w sposób najbardziej z możliwych bezczelny głosić potrzeby obrony demokracji i ostrzegać przed planami Moralesa, „agenta Castro”. Wydawałoby się, że naturalną odpowiedzią rządu byłoby oparcie się na ruchu masowym, który przecież, mimo wszystko, prezydenta nadal popiera i widzi w nim pewną szansę na realizację swoich żądań. Dlaczego zamiast tego Morales zdaje się dążyć do spacyfikowania tego ruchu? Może być to odwieczny błąd lewicowców wierzących w uczciwość posiadaczy – albo świadoma taktyka człowieka, który tylko udaje antykapitalistę. Groźby secesji wysuwane przez oligarchów z lepiej uprzemysłowionych stanów skłoniły pracowników boliwijskich do ponownego wyjścia na ulice. Nowością w porównaniu z ruchami z lat poprzednich są niektóre wykrzykiwane przez manifestantów hasła. Pracownicy domagają się porzucenia polityki ugody z siłami neoliberalnymi. Chcą, by Evo Morales przeszedł na pozycje autentycznego socjalizmu, dokonał gruntownych reform prawnych zrywających z rządami oligarchii, wreszcie dokończył dzieła nacjonalizacji przemysłu i wdrożył tezy rozwoju społecznego, jakie prezentował na początku swojej kadencji. I to właśnie powinien zrobić prezydent. Polityka dalszego opierania się na wątłej ugodzie z posiadaczami jest powolnym samobójstwem. Tylko dzięki współpracy kierownictwa i ruchu masowego można wprowadzać gruntowne zmiany społeczne. W Boliwii może się to udać. Alternatywa wobec neoliberalizmu jest możliwa. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|



